poniedziałek, 11 października 2010

Bar mleczny zamknięto

Napomykałam niekiedy, że Maksio jest wielkim amatorem ssania. Tak jak przypuszczałam - zatkanie mu buzi w ten sposób i chwilowe odwleczenie wrzaskliwości ma przykre konsekwencja - Maksio dorobił się próchnicy. Jest więc żywym przykładem na to, że ludzkie mleko NIE posiada żadnych substancji jakoby mających zabezpieczać przed próchnicą. Być może są dzieci, które potrafią się samoograniczyć i korzystać z dobrodziejstw dostępności w jakiś rozsądnych ramach, Maksiu niestety do nich nie należy i obsługiwał się sam, co sprawiało, że kontrolę nad tym miałam właściwie żadną. Ponieważ gagatek w nosy śpi bardzo marnie (już nie wiem w tej chwili, czy to skutek, czy przyczyna) to zatkajdziób był wygodny i dawał mi jako tak dotrwać do rana. Jednak jeśli w grę wchodzą kwestie zdrowotne to moja motywacja do zakończenia tego uroczego okresu w życiu mojeog synka zdecydowanie się poprawiła i jak na razie jestem konsekwentna.
I tak, po dwóch latach i trzech miesiącach bar mleczny wywiesił kartkę - nieczynne.
Protesty są głośne i zdecydowane, ale chyba nam to wszystkim wyjdzie na zdrowie, przynajmniej taką mam nadzieję.
Matylda przytomnie zauważyła, że to dobrze, że Maksio nie ma już dostępu do "sii" - bo nie będzie miał próchnicy. Jeśli do tego dołożymy większą dbałość o picie przez nich głównie wody i porządne szorowanie paszczy przez dorosłego, to mam nadzieję, że u stomatologa będziemy się pojawiać jedynie na kontrolach i fluoryzacji. Przede mną jeszcze wizyta z Maksiem u dentysty, aż mnie ciarki przechodzą, ale - to się chyba nazywa konsekwencje. Damy radę :)

wtorek, 5 października 2010

Dziwny czas na początek sezonu...


rowerowego! A jednak, stało się, pomimo swojej niechęci do roweru stojący na drodze do pracy korek w połączeniu z zawieszeniem ciuchci o 16.18 spowodowały, że zdecydowałam się na wyprawę do pracy rowerem. Dzięki niezwykłej wspaniałomyślności kolegi M. miałam okazję wypróbować strasznie fajniutki rowerek - składak amerykańskiego pomysłu, Dahon. Rower wygląda na pierwszy rzut oka nieco śmiesznie, ma małe, dwudziestocalowe kółeczka, wąską kierownicę, widać, że jest w nim jakiś patencior. I rzeczywiście - składa się całkiem sprytnie, rama łamie się na pół, kierownica również, siodełko jest na wygodny zacisk, pedały też się składają. Całość jest bardzo poręczna i lekka, na swojej trasie niestety kilka razy musiałam go przenieść i było to błogosławieństwem. Minusów przez krótkie użytkowanie nie znalazłam, może jedynie brak hamulca w pedale, ale to wyraz mojej tęsknoty za rowerkami z dzieciństwa ;)
Niestety okazało się, że mimo szczerych chęci, jadąc tempem nie tak całkiem żółwim, jestem na miejscu po podobnym czasie jak wycieczki autobusem, a co więcej, niewiele dłużej zajmuje mi przebiegnięcie tej trasy. Dlatego ten szum z rozpoczęciem sezonu był przedwczesny, raczej nie skusze się teraz na rower. Po pierwsze - oszczędność czasu wygląda na iluzoryczną, na mojej trasie brak ścieżki rowerowej, ulica - masakra, chodniki też takie se i mnóstwo przeszkód po drodze, łącznie z torami kolejowymi. Po drugie - jest już chłodno i pomimo odpowiedniego stroju jakoś mam wrażenie, że mnie przewiało. Trzy - kręcenie 16 km dziennie jest jednak dość męczące, a jak bym kupiła rower to jednak chciałabym korzystać z niego jak najczęściej, podejrzewam, że nie dałabym rady pogodzić rowerowania i biegania 5 razy w tygodniu - choćby z racji ograniczeń czasowych, ale i siłowych. Ale jeśli namyślę się do wiosny an rowerowanie to poważnie rozważę tę markę - bezcenne jest to, że zajeżdżam pod przedszkole, składam sprzęt, wrzucam do bagażnika i lecę po miśki. I kolejny dzień przemyka nie-wiadomo-kiedy...

czwartek, 30 września 2010

Paputki

Kilka razy już pisałam o różnych wynalazkach obuwniczych, zwłaszcza w kontekście prób odwzorowania chodzenia i biegania boso w obuwiu minimalistycznym. Wędrując po różniastych stronach o tej tematyce widziałam kilka niszowych firm, które produkują (chyba za wielkie słowo nawet) różne paputki, niektóre dość szpetne i nadające się według mojej oceny do rekonstrukcji bitwy średniowiecznych rycerzy.

Jednak jak zwykle są perełki, dla mnie taką perełką jest Terra Plana - ciekawa jest już sama historia powstania firmy, otóż pomysł zrodził się w głowach dwójki przyjaciół - Tima Brennana i Galahada Clarka. Poznali się jako dzieciaki na lekcjach tenisa. Ojciec Tima jest nauczycielem Metody Alexandra (też niezwykle ciekawej sprawy, polecam Google w tym temacie). Tim skończył wzornictwo przemysłowe.

I to widać - buty są z wyglądu jeśli nie ładne (bo to dyskusyjne, co się komu podoba) to na pewno ciekawe i zwracające uwagę swoją odmiennością. Marzą mi się te paputki, ale póki co to nie moja półka cenowa, tęsknie spoglądam też na dział Kids, te bladoróżowe balerinki są śliczne!

Buty miały świetne recenzje na wszystkich stronach związanych z barefootingiem, oprócz właściwości użytkowych, wygody (szerokie palce!) chwalono je za jakość wykonania i użytych materiałów, pewnie częciowo stąd ta cena.

FiveFingersy wciąż mi służą i mają się dobrze, sezon na nie dobiega końca, jak na razie brak oznak rozkładu, trochę wytatre podeszwy, jedna mała dziurka w materiale (przeszorowalam po betonie) i raz konieczność podklejenia z boku - to nieźle jak na jeden sezon, a przyznam, że kiedy wyciągnęłam je z pudełka byłam trochę rozczarowana jakością wykonania, zwłaszcza jak na tę cenę, jednak czas był dla nich łaskawy, zobaczymy, jak jeszcze długo posłużą.

Swoją droga śmieszne, ponoć kobiety szaleją na punkcie szpilek i torebek, ja tam się bardziej pasjonuję plecakami do biegania i paputkami :) A Terra Plana ma wsyskie cy - eleganckie buty, torebki też jakieś się przewijały i paputki do biegania. Może kiedyś sprawię sobie taki prezencik, wtedy będzie test na blogu, obiecuję.

środa, 29 września 2010

Więcej niż 1000 słów

Jeśli ktokolwiek wątpi jeszcze w potęgę Photoshopa i ludzkiego talentu, powinien zajrzeć pod tego linka: http://www.christophehuet.com/ (polecam z głośniczkami, muzyczka kojarzy mi się trochę z tą z filmu Amelia, okazuje się, że jej autorem jest również autor grafik).
Szkoda, że u nas reklama jeszcze nie doczekała się takiej artystycznej oprawy, niektóre z plakatów pięknie wyglądałyby w warszawskich zakątkach. Autor ma umiejętność podejścia do tematów z jajem, chociaż pewnie nad całokształtem pracuje kilka osób. Warto poklikać w guzik Making of - można podpatrzeć etapy powstawania finalnego efektu.

Z frontu walk na polu urban running - dzisiaj droga z pracy do domu była w 4/5 stojącym korkiem. Wypadał dzień biegowy, miałam dodatkową motywację szybkościową - odwołali kolejkę o 16.18 a następna dopiero o 16.45, nie zdążyłabym po maluchy do przedszkola. Z tego miejsca NIE POZDRAWIAM kolei - za takie numery, za spóźniający się pociąg, za zaspawanie przejścia dla pieszych na mojej trasie - muszę dmuchać po schodach i wiadukcie, wrrr. Po drodze napatoczył się pan który miał jeszcze większą motywację - leciał na lotnisko :) W biurowym stroju, szczęściem laczki miał półsportowe. Zagadnęłam i przez dłuższy kawałek robiłam za pacemakera. Mam nadzieję, że zdążył tam, gdzie się spieszył. Z tego również miejsca POZDRAWIAM - wszystkich dzielnych współpodróżujących, którzy twoarzyszyli mi, chociaż na piechotę. Jeszcze trochę i będzie to jedyny oprócz roweru sposób poruszania się po naszym mieście. Może to dalsza część kampanii spalaj kalorie, nie paliwo ;)
I jeszcze link - niby o medytacji, ale momentami jakbym czytała o skutkach ubocznych biegania: http://medplaneta.pl/medycyna/medytacja-zamiast-lekow

wtorek, 28 września 2010

W poszukiwaniu straconego - telefonu

Dzisiaj rano przeżywałam chwile grozy, zaginął mi telefon. Wizje dopadały mnie czarne - o nabitym rachunku, zaprzepaszczonych filmikach z małą Mati (większość rzeczy niby jest na komputerze, ale całkiem niedawno robiłam fajne shoty w jesiennym parku), niezbackupowanych kontaktach (a trochę się ich uzbierało) i innych sentymentalnych kawałkach, któe dla mnie sa bardzo cenne, a obiektywnie stanowią zawartość wysłużonego (przeżył zapędy dwójki obśliniaczy) i w wymiarze finansowym mało cennego aparatu. Jako że nieprzyjemne zdarzenia lubią się łączyć w pary dzień i tak zaczęłam od wizyty w warsztacie (tym razem hamulce się zakleszczyły i auto samo sobie hamowało), więc na poszukiwania telefonu wybrałam się koło 10. Udało się ustalić, że rachunek nie nabity, połączenia wychodzące zablokowane. Moja nadzieja na odnalezienie rosła. Dzień wcześniej byliśmy na spacerze w centrum i podziwialiśmy nowy bolid R. i M. - trop prowadził tam. Przeszłam całą trasę w parku, dzwoniąc nieustannie i mając nadzieję, że w tym rozgardiaszu coś usłyszę. Podejrzliwie patrzyłam na grabiących liście, zerkałam do śmietników. W końcu dotarłam do bolidu i - eureka - leżał sobie grzecznie i czekał na mnie. Przyznam, że rano trochę wątpiłam w jego odnalezienie, tyle razy po drodze przysiadałam, schylałam się do dzieciaków, mógł mi wypaść gdziekolwiek. Ponieważ to już drugi raz (pierwszy raz zostawiłam w aptece, miłe panie odłożyły i odebrały informując, gdzie można go odebrać) - muszę go bardziej wnikliwie pilnować, bo nie chcę sprawdzać, czy do trzech razy sztuka. Podsumowując - backupujcie chłopaki i dziewczyny, bo nie znacie dnia, ani godziny :)
A foto dokumentuje chwilę uwolnienia rzeczonego telefonu ze szponów zagubienia:

piątek, 24 września 2010

Pyrki z gzikiem

W poszukiwaniu szybkich (i przy okazji mało kosztownych potraw) czasem warto sięgnąć jak się okazuje do kuchni regionalnych naszego pięknego kraju - można znaleźć perełki takie, jak na przykład pyry z gzikiem. Znalazłam przypadkiem przepis na nie na mniamie i zachęcona obietnicą smacznej wyżerki zabrałam się za gotowanie - a wiele tego nie było. Ziemniaki gotujemy w mundurkach, w tym czasie szykujemy gzika - czyli po prostu twarożek z dodatkami. Polecam taki w kosteczce, chudy - ma wystarczająco serowy smak, a wolę dodać masełka na ziemniaczki niż tłuszcz w serku. Serek dziabiemy widelcem i rozrabiamy z wodą/śmietaną/jogurtem. Pieprz (polecam kolorowy, licznie pachnie i w smau ma odrobinę więcej niż tylko pieprzna ostrość), sól (jeśli używacie morskiej - uwaga, jest bardziej słona, zwłaszcza ta drobnoziarnista, łatwo przesadzić, a wtedy czar pryska). I teraz najlepsze - drobniutko siekana cebulka, dla moich potworów dotychczas w tej postaci niejadalna, jedli tylko taką podsmażaną, albo w zupie - nawet Matylda deklarowała "Mama ja nie jem cebuli bo szczypie w język!". Okazało się, że gzikowa cebula jest ok. Dla odmiany można dorzucić siekany szczypiorek, pietruchę, cokolwiek przyjdzie nam na myśl pasującego do tego zestawienia (przychodzą mi na myśl na przykład suszone pomidory, rzodkiewka?). Pyry obieramy, kroimy na stosowne kawałki, kładziemy wiórek masełka (tylko i wyłącznie takiego prawdziwego, żadne tam miksy) na to rzucamy gzik. Ta potrawa ma w sobie tak lubiane przeze mnie kontrasty - dwie różne konsystencje, dwie temperatury (gzik powinien być w temperaturze lodówkowej), połączenie słodyczy (cebulka i serek) i słoności (pyrki, sól). Po prostu palce lizać, spróbujcie sami :)

czwartek, 23 września 2010

Grosz do grosza...

Kilka razy pisałam już o patentach na oszczędzenie paru złotych (zwłaszcza tak, by nie stracić przy tym na jakości!) - dzisiaj kilka z życia wziętych przykładów i jedna ogólna zasada - renegocjujcie!
Rodzice mają zadanie utrudnione (natłok obowiązków, brak głowy do drobiazgów) ale z drugiej strony wydaje mi się, że i potencjalnie większą motywację. W przypadku singla można sobie wydłużać godziny pracy, szukać dodatkowych etatów; ja jako rodzic chciałabym jednak spędzać trochę czasu z dziećmi, więc rozsądne gospodarowanie tym, co dostępne, wydaje mi się ważne. Żeby widzieć dokładnie, na co się nasze ciężko zarobione środki rozchodzą co miesiąc warto sobie zapisywać co i jak, bardziej upartym polecam budżetowanie i próby utrzymania się w ryzach tym sposobem. Dzięki zapiskom zaczęliśmy mocniej prześwietlać koszty stałe, różnorakie rachunki itp. obciążenia. Okazało się na przykład, że za internet bulimy 140 złotych, podczas, gdy podobny pakiet na rynku jest w tej chwili wart około 60 złotych. Faksem wystarczyło wysłać rezygnacją i po krótkich targach - voila - rachunek zmalał do 60 złotych! Abonament telefoniczny - udało się podobnym sposobem zwiększyć dwukrotnie liczbę minut w ramach tych samych skromnych 30 złotych. Zostało jeszcze kilka takich kwiatków, np. ubezpieczenie kredytu mieszkaniowego, wydaje mi się, że przepłacamy, rzecz do sprawdzenia. Kiedy trzeba było wykupić OC na samochód okazało się, że przedłużenie umowy w obecnej firmie kosztuje kilkadziesiąt złotych drożej, niż zakup w firmie konkurencyjnej. Czasem gra jest niewarta świeczki, ale czasem w ciągu dosłownie kilkunastu minut można oszczędzić całkiem spore kwoty, które wydać i tak trzeba, ale po co przepłacać. Wydaje mi się, że wpajanie maluchom oszczędności (proste rzeczy jak gaszenie światła, zakręcanie wody - z odpowiednim wytłumaczeniem, dlaczego to robimy) - to też dobra nauka na przyszłość, a na co dzień na pewno korzyść dla napiętego domowego budżetu czteroosobowej rodziny.