Kiedy patrzę, jak moje maluchy biegają zacięcie naokoło kanapy, wzdłuż przedpokoju, nawrotka w małym pokoju i tak w kółko - zastanawiam się, skąd ten pęd (zasłyszany u innych rodziców), by w przedszkolu dzieci się wybiegały, żeby miały dużo przestrzeni - i w sali i na podwórku. Fakt, plac zabaw w Matyldzi przedszkolu jest niewielki, ale fajnie zagospodarowany i dzieci wyglądają na zadowolone i posiadające wszystko, co potrzeba do radosnej zabawy na świeżym powietrzu. Są rowerki i pojazdy, utwardzony placyk i kilka ścieżek, kilka huśtawek, duża piaskownica z zamkiem i wyciągarką pośrodku. W rogu stoi domek, jest też górka - w zimie Matyla śmigała z niej na jabłuszku, teraz dzieci zjeżdżają ze zjeżdżalni a wchodzić mogą albo schodkami albo tartanową ścieżką. W przedszkolu też jest sporo przestrzeni, wydaje mi się, że równie ważny jak jej ilość jest sposób zagospodarowania - a to wydaje mi się jest rozsądnie rozwiązane.
Potem zaczęłam myśleć, że może w pędzie rodziców do przestrzeni chodzi o to, że jak się wybiega w przedszkolu to nie biega już potem po domu (płonne nadzieje!) albo będzie miało więcej przestrzeni na rozwijanie skrzydeł - to akurat da się załatwić i skromniejszymi środkami. Wydaje mi się, że na mniejszej przestrzeni dzieci z jednej strony są łatwiejsze do opanowania - chociażby na podwórku mamy je "na oku" a z drugiej strony chyba czuja się bezpieczniej. Dla dzieci przestrzeń mierzy się inną miarą - by to sprawdzić najprościej przejść się na boisko swojej szkoły podstawowej i stan faktyczny porównać z obrazem zapisanym w pamięci.
Oczywiście nie bez znaczenia dla moich rozważań ma fakt, że jesteśmy szczęśliwymi posiadczami dużego, jak na nasze realia, mieszkania i możemy sobie swobodnie pomalutku pracować nad jak najlepszym zagospodarowaniem tej przestrzeni - może wtedy uda się bardziej uładzić to, co się na co dzień nabałagani.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedszkole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedszkole. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 marca 2010
środa, 29 lipca 2009
Pucu, pucu, chlapu, chlapu - wielkie pranie i sprzątanie
Tytułowa przyśpiewka jakiś czas temu przykleiła się do Matyli, podejrzewam, że to fragment przedszkolnej zabawy. Mati chodzi do przedszkola Montessori, gdzie dzieje się wiele ciekawych rzeczy, na przykład - dzieci kąpią lalki, wystrojone w fartuchy niemal od stóp do głów, w miniaturowych wanienkach, w prawdziwej wodzie, namydlają najprawdziwszym mydłem. Ogólny zachwyt. Czasami jak mam okazję popatrzeć z boku, co się tam dzieje, to mam ochotę sama tam zostać - jako nieco przerośnięty przedszkolak.
Trafiają do mnie odpryski tego, co się dzieje na zajęciach, bo córa nie jest skłonna do zwierzeń. Wiem natomiast, i za każdym razem mam tego dowody, że pomimo dłuuuugiego startu - siedziałam z nią ponad miesiąc, potem jeszcze długo były płacze przy pożegnaniach - jest przedszkolem zachwycona. Czasem jak jej się przypomni to nawet w niedzielę chce się tam wybrać. Koleżanki od progu ją wołają - o Matyyylda przyszła!. Pani doniosła mi też, że kiedy jej nie ma to dzieci się pytają, gdzie jest i kiedy przyjdzie do przedszkola. Matylka śmieje się z żartów innych dzieci i potrafi też sama innych rozbawić. Te słowa to miód na moje serce, bo jakiś czas temu zamartwiałam się (zupełnie niepotrzebnie, oczywiście) że w sytuacjach społecznych stoi z boku i jest (przesadnie) ostrożna. Ona się zmieniła i dorosła, a ja – zrozumiałam, że kocham ją jaka jest, w pakiecie.
Efektem ubocznym przedszkolnych zabaw pozostaje fakt, że moje dziecko bardzo lubi pomagać w sprzątaniu. W ramach oszczędzania sobie zbędnych kontaktów z chemią w ruch idzie szmatka z mikrofibry, stara pielucha tetrowa, szczota, kostka szarego mydła i genialny wprost do pucowania roztwór octu. Wielkie sprzątanie połączone z wielką zabawą trwa.
Trafiają do mnie odpryski tego, co się dzieje na zajęciach, bo córa nie jest skłonna do zwierzeń. Wiem natomiast, i za każdym razem mam tego dowody, że pomimo dłuuuugiego startu - siedziałam z nią ponad miesiąc, potem jeszcze długo były płacze przy pożegnaniach - jest przedszkolem zachwycona. Czasem jak jej się przypomni to nawet w niedzielę chce się tam wybrać. Koleżanki od progu ją wołają - o Matyyylda przyszła!. Pani doniosła mi też, że kiedy jej nie ma to dzieci się pytają, gdzie jest i kiedy przyjdzie do przedszkola. Matylka śmieje się z żartów innych dzieci i potrafi też sama innych rozbawić. Te słowa to miód na moje serce, bo jakiś czas temu zamartwiałam się (zupełnie niepotrzebnie, oczywiście) że w sytuacjach społecznych stoi z boku i jest (przesadnie) ostrożna. Ona się zmieniła i dorosła, a ja – zrozumiałam, że kocham ją jaka jest, w pakiecie.
Efektem ubocznym przedszkolnych zabaw pozostaje fakt, że moje dziecko bardzo lubi pomagać w sprzątaniu. W ramach oszczędzania sobie zbędnych kontaktów z chemią w ruch idzie szmatka z mikrofibry, stara pielucha tetrowa, szczota, kostka szarego mydła i genialny wprost do pucowania roztwór octu. Wielkie sprzątanie połączone z wielką zabawą trwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
