Kiedyś tam czytałam o paście cukrowej na forum wizaz.pl, temat na jakiś czas zarzuciłam, poszłam na łatwiznę z depilatorem mechanicznym, ale w końcu wrastające włoski i natężenie bólu doprowadziły mnie do dalszych poszukiwań. Pasta z opisów wydawała się być doskonała. Zaopatrzyłam się w ten egzotyczny specyfik na allegro i uzbrojona w wiedzę z forum ruszyłam do boju. Miłe zaskoczenie - depilacja rzeczywiście mniej boli, skóra zostaje po niej jedwabiście wręcz gładka, wydepilować można dosłownie _wszystkie_ niechciane włochy.
Słoiczek skończył się szybko, zdecydowanie za szybko jak na swoją cenę i pojemność, z racji niziutkich kosztów składników i dostępnych przepisów postanowiłam sama uwarzyć taką pastę. Szło tak sobie, długie gotowanie karmelu i próba utrafienia w dobry moment kiedy pasta jest jeszcze nie twarda, a już nie zbyt lepka - czasochłonne; raz całość mi się sfajczyła i jeszcze garnek do szorowania miałam w gratisie.
Ostatnio postanowiłam przeczesać w poszukiwaniu przepisu strony anglojęzyczne, bo na wszystkich polskich jak mantra - ta sama formuła, z cukru, wody i soku z cytryny - ciężka do wyczucia kiedy pasta jest gotowa - sprawdzałam w czasochłonny sposób - kropelka na taleryk, talerzyk do lodówki i po chwili - kontrola jakości. Przepis wyszukany ostatnio nie ma tej słabości (wszystko opisane jest w gramach i stopniach Celsjusza), pasta wyszła mi w idealnej konsystencji dającej się wydłubać ze słoja, dość miękkiej i wystarczająco lepkiej.
Przepis idzie tak: 300 g cukru, 40 g wody, 6 g kwasku cytrynowego. I teraz szykujemy z tego mieszaninę, która musi osiągnąć tzw. firm-ball stage (termin z cukeirnictwa jak mniemam) - ważne są proporcje oraz utrzymanie przez minutę po zagotowaniu temperatury 118-120 stopni (przydatny jest termometr kuchenny). O wiele łatwiejszy przepis, chociaż wymaga posiadania wagi i termometru - pewnie da się i bez, ale tak jest łatwiej. Wiosna tuż tuż, czas zacząć poskramianie niechcianych włosków (szkoda, że nie można przetransferować ich od razu w miejsca chciane - co by to była za fryzura...)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty
środa, 17 lutego 2010
wtorek, 5 stycznia 2010
Z serii - i pyszne, i zdrowe...
Tym razem wypróbowałam przepis z bynajmniej nie zdrowotnego serwisu, bo z uroczego bloga "Moje Wypieki". Moją uwagę przykuło zdjęcie okrąglutkich trufelków, smakowicie zatopionych w sypkim, soczyście czekoladowo brązowym kakao. Szybki rzut oka na przepis - prościutki, na listę zakupową trafiły jedynie suszone śliwki, które akurat się skończyły - reszta znajduje się zwykle w naszej żelaznej rezerwie szafki-spiżarki na czarną godzinę (czytaj - dodatek do kaszy, która akurat nie chce być zjedzona, szybkie ciasteczka bo goście, odgonienie małego wieczornego głoda bez obawy o wyrzut insuliny - czyli wszystkie smakowite bakalie).
W blenderze siekamy (bez nadmiernej gorliwości) śliwki, daktyle, orzechy, potem masa siup - do miski, polewamy 3 łyżkami syropu klonowego (dałam zamiast jednej syrop z agawy jako bardziej ekonomiczny) posypujemy dawką kakao i widelec w dłoń. Powstaje zz tego dość gęsta i sztywna masa, wygodna do formowania kulek. Moje miały posypkę z siekanych orzechów a druga połowa - z kakao wymieszanego z cukrem pudrem waniliowym własnej roboty (i te były według mnie nawet lepsze). W całości zabrakło mi chyba jedynie kropelki "czegoś mocniejszego" ale trufelki są klasa, przepis zdecydowanie do powtórzenia. Kropelki nie dawałam z uwagi na młodych, ale niestety stwierdzili, że trufelki są błeeee... i nie zostały nawet skosztowane.
Kilka sztuk trafiło do dziadków przy okazji wizyty poświątecznej, na szybko złożyłam na nie śmieszne pudełeczko origami z papieru świątecznego - podobają mi się takie małe drobiazgi własnej roboty - nie do kupienia w sklepie.
Link do oryginalnego przepisu na trufelki: http://mojewypieki.blox.pl/2009/12/Trufelki-ze-sliwkami-i-daktylami.html
Moje maluchy chyba jeszcze nadal są maluchami i wolą przysmaki maluchowe - czyli na przykład coś z listy zwycięzców konkursu magazynu "Twój Maluszek" - wśród mlek i kaszek prym wiedzie Humana z nutami bananowymi i wiśniowymi - a wiśnie są mniam.
W blenderze siekamy (bez nadmiernej gorliwości) śliwki, daktyle, orzechy, potem masa siup - do miski, polewamy 3 łyżkami syropu klonowego (dałam zamiast jednej syrop z agawy jako bardziej ekonomiczny) posypujemy dawką kakao i widelec w dłoń. Powstaje zz tego dość gęsta i sztywna masa, wygodna do formowania kulek. Moje miały posypkę z siekanych orzechów a druga połowa - z kakao wymieszanego z cukrem pudrem waniliowym własnej roboty (i te były według mnie nawet lepsze). W całości zabrakło mi chyba jedynie kropelki "czegoś mocniejszego" ale trufelki są klasa, przepis zdecydowanie do powtórzenia. Kropelki nie dawałam z uwagi na młodych, ale niestety stwierdzili, że trufelki są błeeee... i nie zostały nawet skosztowane.
Kilka sztuk trafiło do dziadków przy okazji wizyty poświątecznej, na szybko złożyłam na nie śmieszne pudełeczko origami z papieru świątecznego - podobają mi się takie małe drobiazgi własnej roboty - nie do kupienia w sklepie.
Link do oryginalnego przepisu na trufelki: http://mojewypieki.blox.pl/2009/12/Trufelki-ze-sliwkami-i-daktylami.html
Moje maluchy chyba jeszcze nadal są maluchami i wolą przysmaki maluchowe - czyli na przykład coś z listy zwycięzców konkursu magazynu "Twój Maluszek" - wśród mlek i kaszek prym wiedzie Humana z nutami bananowymi i wiśniowymi - a wiśnie są mniam.
piątek, 11 września 2009
Hummus czyli zdrowo i smacznie
Wczoraj wypróbowałam nową metodę gotowania ciecierzycy (grochu włoskiego) którą kiedyś znalazłam na puszka.pl. W skrócie – omijamy etap moczenia strączkowych przez noc, zagotowujemy, dajemy ostygnąć i gotujemy znowu do miękkości. Operacja się udała, cieciorka po półtorej godziny gotowania (razem z wcześniejszym zagotowaniem to w sumie około 3 godziny) nadawała się na przerobienie na pastę. Cała zabawa z humusem warta jest świeczki o tyle, że dzieci zjadają pastę łyżkami i krzyczą o jeszcze, a w składzie mamy same zdrowości: strączkowe (chyba cieciorka jest jednym ze smaczniejszych przedstawicieli tej rodziny, fajne są ziarenka ), surowy sok z cytryny, sezam, oliwę z oliwek, surowy czosnek, gruboziarnista sól aż ociekająca od morskich minerałów, kmin pełen dobroczynnych olejków. Świetnie nadaje się jako dip do surowych warzyw, używamy jej jako pasty do kanapek, farszu do naleśników, podkładu pod warzywka na grzanki itp. Świetnie smakuje z kiełkami (o których innym razem). Wykonanie jest tak łatwe, że grzech nie spróbować. Relatywnie najwięcej zabawy jest z ugotowaniem cieciorki, potem już idzie gładko. Pastę sezamową (tahini) można kupić, przy większym zużyciu bardziej opłaca się kupić nieoczyszczony sezam i zmielić sobie w maszynce do mięsa trochę na zapas. A przepis idzie tak: ugotowana ciecierzyca (250 g suszonej gotujemy do miękkości, ok. 1,5 godziny), 3-4 ząbki czosnku, pół szklanki tahiny, pół szklanki oliwy z oliwek, łyżeczka soli, sok z dwóch cytryn, łyżeczka zmielonego/utłuczonego w moździerzu kminu rzymskiego (nie mylić z kminkiem).
Urok tej potrawy tkwi także w fakcie, że składniki wymieszane razem dają w efekcie smak zupełnie inny niż składowe z osobna. Zupełnie jak Pesto, o którym innym razem, bo od tego skromnego sosu zaczęłą się moja przygoda ze spędzaniem czasu w kuchni w wymiarze większym niż czas potrzebny do zagotowania wody na herbatę.
Smacznego!
Urok tej potrawy tkwi także w fakcie, że składniki wymieszane razem dają w efekcie smak zupełnie inny niż składowe z osobna. Zupełnie jak Pesto, o którym innym razem, bo od tego skromnego sosu zaczęłą się moja przygoda ze spędzaniem czasu w kuchni w wymiarze większym niż czas potrzebny do zagotowania wody na herbatę.
Smacznego!
środa, 2 września 2009
Kuchenne remanenty
Wczoraj odważyłam się na eksperyment z pieczeniem ciasteczek owsianych. Zainspirowały mnie rumiane krążki z rodzynkami uśmiechające się ze słoja w zaprzyjaźnionym ekosklepie. Przypomniałam sobie, że kiedyś sama produkowałam coś podobnego, ale za chiny nie mogę sobie przypomnieć, ani odnaleźć przepisu, więc stąd eksperyment. Ciacha wyszły całkiem sympatyczne – z całej blaszki do rana została jedna samotna sztuka. Dzieciakom smakowały bardzo, a można je zrobić w wersji maksymalnie zdrowotnej – z ziarenkami, owocami suszonymi, olejem zamiast części masła. Bierzemy dwie szklanki płatków owsianych, szklankę siekanych orzechów (dałam włoskie, pestki z dyni i słonecznika, trochę migdałów i brazylijskich), szklankę siekanych bakalii (polecam rodzynki z dodatkiem żurawin, jagód goji, moreli itp.), dwa-trzy jajka, dwie łyżki cukru waniliowego (nie mylić z wanilinowym), trochę oliwy z oliwek lub oleju słonecznikowego – tak by z jajek, oliwy i cukru wyszła nam kolejna szklanka objętości. Jajka, cukier, oliwę miksujemy na gładką, pulchną masę. Najprościej zrobić to całe siekanie i ubijanie blenderem, genialne urządzenie - i oszczędza czas.
W dużej misce łączymy składniki, można dodać trochę mleka jeśli całość jest za sucha. Wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia (kolejny fajny wynalazek do kuchni, oszczędza nam smarowania blachy i skrobania resztek). Ciasteczka powinny być niezbyt grube, moje były za grube i chrupiąca była tylko skórka, środek został lekko wilgotny i miękki, ale to już co kto lubi. 180 stopni i 20-30 minut powinno wystarczyć. Smacznego.
W dużej misce łączymy składniki, można dodać trochę mleka jeśli całość jest za sucha. Wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia (kolejny fajny wynalazek do kuchni, oszczędza nam smarowania blachy i skrobania resztek). Ciasteczka powinny być niezbyt grube, moje były za grube i chrupiąca była tylko skórka, środek został lekko wilgotny i miękki, ale to już co kto lubi. 180 stopni i 20-30 minut powinno wystarczyć. Smacznego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
