Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowe odżywianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowe odżywianie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 kwietnia 2010

Diety - dietki

Natrafiłam ostatnio na ciekawą koncepcję dietetyczną - regime Dukan - czyli na nasze dieta Dukana (http://www.regimedukan.com/). Jegomość ów jest francuskim dietetykiem (przebranżowionym z neurologa) który odniósł sukces w rodzimej Francji, a teraz postanowił zwiększyć zasięg tłumacząc książkę (i stronę) na angielski. Dieta proteinowa brzmi trochę jak Atkins, ale chodzi jednak o coś trochę innego, i tak jak diet zasadniczo nie lubię (samo słowo jakoś negatywnie mi się kojarzy) tak ta z opisu brzmi nieźle. Interesuje mnie faza stabilizacji, bo spadek wagi mnie już nie jest ważna - zbędny tłuszczyk po dwóch ciążach i późniejszym zajadaniu stresów i popijaniu piwkiem został pogoniony bieganiem i pewnie tak długo jak będe latać, tak nie wróci - chociaż jem sporo (a już zwłaszcza jak przypnę się do ostatniego przysmaku - chleba biesiadnego z tostera - z rewelacyjnej piekarni Grzybki - http://www.piekarniagrzybki.pl/ z masełkiem - chętnie Polskim i solidną warstwą obłędnego, pachnącego, gęstego miodu wrzosowego z pasieki - jak to dobrze, że Leszek Sameć kultywuje rodzinną tradycję!). Stabilizacja to jeden dzień białkowy (+ 3 litry wody) w tygodniu - akurat szukałam jakiegoś pomysłu na detox po niedzielnym festiwalu obżarstwa. Na śniadanie poszły jajka i kefir 0%, lunch to białka z tuńczykiem a na kolację - pieczony filet z indyka (wyszedł tak dobry, że nadaje się na zwykły obiad, nawet dzieci wcinały - a było tam tylko ekowarzywko, zioła do drobiu i rozgnieciony czosnek). Pożyjemy, zobaczymy. Miło, że podkreślone jest mocno w tej diecie że lkuczowy jest wysiłek fizyczny przy utracie wagi - co najmniej 20 minut marszu dziennie. Czasem gdy zacznie się od ruchu to okazuje się, że dieta jest już niepotrzebna. Ale z drugiej strony czasem do zrzucenia jest więcej niż 10 kg dobrodziejstwa. I pewnie te osoby powinny się wypowiadać o skuteczności lub nie, zwłaszcza w ujęciu długofalowym. Poczytać w każdym razie warto, kilka ciekawych dla siebie spostrzeżeń przy okazji wyłuskałam.

wtorek, 5 stycznia 2010

Z serii - i pyszne, i zdrowe...

Tym razem wypróbowałam przepis z bynajmniej nie zdrowotnego serwisu, bo z uroczego bloga "Moje Wypieki". Moją uwagę przykuło zdjęcie okrąglutkich trufelków, smakowicie zatopionych w sypkim, soczyście czekoladowo brązowym kakao. Szybki rzut oka na przepis - prościutki, na listę zakupową trafiły jedynie suszone śliwki, które akurat się skończyły - reszta znajduje się zwykle w naszej żelaznej rezerwie szafki-spiżarki na czarną godzinę (czytaj - dodatek do kaszy, która akurat nie chce być zjedzona, szybkie ciasteczka bo goście, odgonienie małego wieczornego głoda bez obawy o wyrzut insuliny - czyli wszystkie smakowite bakalie).
W blenderze siekamy (bez nadmiernej gorliwości) śliwki, daktyle, orzechy, potem masa siup - do miski, polewamy 3 łyżkami syropu klonowego (dałam zamiast jednej syrop z agawy jako bardziej ekonomiczny) posypujemy dawką kakao i widelec w dłoń. Powstaje zz tego dość gęsta i sztywna masa, wygodna do formowania kulek. Moje miały posypkę z siekanych orzechów a druga połowa - z kakao wymieszanego z cukrem pudrem waniliowym własnej roboty (i te były według mnie nawet lepsze). W całości zabrakło mi chyba jedynie kropelki "czegoś mocniejszego" ale trufelki są klasa, przepis zdecydowanie do powtórzenia. Kropelki nie dawałam z uwagi na młodych, ale niestety stwierdzili, że trufelki są błeeee... i nie zostały nawet skosztowane.
Kilka sztuk trafiło do dziadków przy okazji wizyty poświątecznej, na szybko złożyłam na nie śmieszne pudełeczko origami z papieru świątecznego - podobają mi się takie małe drobiazgi własnej roboty - nie do kupienia w sklepie.
Link do oryginalnego przepisu na trufelki: http://mojewypieki.blox.pl/2009/12/Trufelki-ze-sliwkami-i-daktylami.html
Moje maluchy chyba jeszcze nadal są maluchami i wolą przysmaki maluchowe - czyli na przykład coś z listy zwycięzców konkursu magazynu "Twój Maluszek" - wśród mlek i kaszek prym wiedzie Humana z nutami bananowymi i wiśniowymi - a wiśnie są mniam.

środa, 16 grudnia 2009

Zielona Pasta

Naszej Babuni poza wieloma innymi rzeczami zawdzięczamy odkrycie kolejnej w repertuarze potrawy przemytniczej - takiej, która jest i smaczna, zdrowa i pozwala na przemycenie składników osobno ajadalnych (zwykle jeszcze bardziej zdrowych). Przygotowanie jest proste i błyskawiczne, potrzebujemy trzech głównych składników: akowado, najlepiej takiego lekko miękkiego, jeśli po przyniesieniu ze sklepu jest twarde jak skała dobrze mu zrobi parodniowe leżakowanie na kuchennym parapecie; czerwonej cebuli - jest atrakcyjna wizualnie jako mocny akcent kolorystyczny w mdłozielono-biało-żółtej masie; dwóch ugotowanych na twardo jajek, najlepiej takich z "0" na skorupce, od zadowolonych kur łażących sobie po podwórku i wcinających to co kury jeść powinny. I koniec. Sól, pieprz do smaku.
Awokado można potraktować widelcem w celu rozciapciania całości na bazę pasty - tutaj najlepiej sprawdzą się małe chętne do pomocy rączki. Cebulkę siekamy drobniusieńko - przydatny będzie ostry nóż, można także poeksperymentować z blenderem. Jajko - najfajniejsza jest drobna kosteczka, nożem ciężko ją osiągnąć, ale podaję prosty patent z użyciem krajalnicy do jajek, takiego małego urządzonka w którym rolę ostrzy pełnią stalowe druciki - otóż kładziemy jajko, kroimy tymi drucikami, ostrożnie, tak by całość zachowała kształt jajka, a następnie delikatnie obracamy o 90 stopni i kroimy ponownie. Kosteczka jest idealna i drobniutka, biała z białka, żółta z żółtka. Delikatnie merdamy wszystko w miseczce i voila - pasta jak się patrzy, ciekawe połączenie smaków a przy okazji estetyczny dodatek do kanapeczki. Doskonała do kanapek z ciemnego pieczywa, tostów, sprawdzi się przy przemycianiu kiełków no i zawiera w sobie surową, czerwoną cebulę, cenną zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym a przez dzieci w innej postaci właściwie słabo jadalną. Smacznego!

poniedziałek, 30 listopada 2009

Maki mniam mniam

Wczorajsze sushi udało się bajecznie, w towarzystwie Akashi (warzonego jak się okazało po lekturze mikroskopijnego napisu u naszych południowych sąsiadów) zniknęło w tempie tak astronomicznym, że nie zdążyłam nic pstryknąć. Cztery wielkie talerze zostały wchłonięte przez cztery osoby z malutką pomocą najmłodszych - Matylda "tego zielonego" to nie bardzo, ale już ryżyk z sosem sojowym i okrasą w postaci zielonego ogóreczka i awokado czy kawałka rybki był mniam. Maks nie był tym razem aż tak wybredny jak to on potrafi i skupił się na pochłanianiu razem z nami, na podłodze i ubraniu wylądowało na prawdę niewiele - dzielny chłopak całkiem się już cywilizowanie przy stole potrafi zachować.
Dla spróbowania ugotowałam i skroiłam do zawijasków jajko na twardo - całkiem dobrze się komponowało z resztą, zwłaszcza z rybą. Goście donieśli imbir marynowany, bo mój poprzedni zakup był taki sobie, nie spojrzałam - o zgrozo - na listę składników, a potem okazało się, że pół tablicy Mendelejewa z etykiety niestety robi różnicę - te wszystkie dodatki sprawiły, że imbir miał nieprzyjemnie słodko-chemiczno-oblepiający język posmak. Nauczka na przyszłość - kto czyta, nie błądzi (albo przynajmniej mniej, bo czasem przecież etykieta nie do końca szczerze pokrywa się z zawartością). Podobnie z wasabi - wyrób tubkowy pasi mi zdecydowanie mniej niż proszek wymieszany z wodą i doprawiony do smaku. Że już o kolorze nie wspomnę, bo to mniejszy problem.
Goście dzielnie zawijali, wszyscy podjęli rzucone wyzwanie, poczuliśmy się spełnieni kulinarnie i towarzysko - dyskusja toczyła się wartko. Z pewnością będą powtórki.

sobota, 28 listopada 2009

Sushi zwijamy i się zajadamy

Pewnego pięknegfo dnia zamówiliśmy sobie na spróbowanie sushi - skuszeni ochami i achami znajomych, starych wyjadaczy tej egzotycznej wówczas dla nas potrawy. Aby wprowadzić się w odpowiednie klimaty poczytałam trochę soczyste opowieści Bartka Pogody, obejrzałam zdjęcia z drugiego końca świata, dowiedziałam się conieco o Kraju Kwitnącej Wiśni - jak się okazało Japonia jest niezwykle egzotyczna, ma się wrażenie pobytu na innej planecie. Może kiedyś uda mi się przekonać o tym osobiście, jest to zabukowane na liście marzeniowej, a tymczasem korzystam z przywileju mieszkania w wielkim mieście, a co za tym idzie - możliwości spróbowania nowych smaków.

Sushi szczęśliwie pochodziło z bardzo przyzwoitej sieciówki SensiSushi - smak pierwszych eksperymentó zachęcił mnie do prób dalszych, łącznie z samodzielnym zwijaniem dwa tygodnie temu. Jutro zamierzam powtórzyć wyczyn w związku z wizytą gości, mam nadzieję, że trochę pomogą, bo cała rzecz (o ile nie zależy nam na zachowaniu wszystkich reguł) jest niezbyt skomplikowana, za to czasochłonna - w sam raz, by zasiąść razem przy stole.

Składniki potrzebne do szaleństwa kulinarnego można kupić w każdym większym sklepie, widać, że rzecz zrobiła się modna i popularna.

Bardzo pasuje mi połączenie smaków, po pierwsze ukochany słono-słodki, podkreślony kwaśno-słodkim (ocet ryżowy i cukier), do tego połączenie konsystencji - miękki ryż, lekko gumowaty wodorost nori, chrupki środek z ogórkiem. Odrobina pikantnego wasabi, sos sojowy albo nawet teriyaki - i jestem w niebie. Po kilku próbach opanowane zostały nawet uciekające pałeczki.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem - obiecuję dokumentację foto.
A dla dzieci przewidziałam kulki z ryżu z dodatkami - wodorosty ich na razie nie kręcą.

sobota, 21 listopada 2009

Woda zdrowia doda

Natknęłam się całkiem przypadkiem na ciekawą stronę i ciekawą osobę – irańskiego lekarza, doktora Fereydoona Batmanghelidj, który uczył się i praktykował w Wielkiej Brytanii, Iranie a potem USA, był jednym z ostatnich uczniów noblisty Aleksandra Fleminga – wynalazcy penicyliny. W Iranie trafił do więzienia jako więzień polityczny i tam – całkiem przypadkiem – odkrył, że woda może być lekiem. Pozbawiony dostępu do leków pomagał współwięźniom cierpiącym z powodu wrzodów (o podłożu głównie stresowym) – z zaskakująco dobrymi efektami. Później, kiedy już opuścił więzienie – prowadził dalsze badania, kleił w całość informacje porozrzucane po publikacjach naukowych. Zależności, które odkrył, można podsumować - nie jesteś tylko tym, co jesz, ale tym, co (i ile) pijesz.

Człowiek składa się w dużej mierze z wody – płuca aż w 90%, nawet kości - w 25%. Chroniczne odwodnienie przyczynia się do powstawania takich schorzeń jak: astma, artretyzm, nadciśnienie, angina, cukrzyca, lupus, stwardnienie rozsiane (na stronie podaje szczegółowe wyjaśnienia, jakie mechanizmy zachodzą w nawet lekko odwodnionym organizmie i jak niedostatek wody przyczynia się do powyższych schorzeń). „Nie jesteś chory – tylko spragniony. Nie lecz pragnienia lekami”. Prosta przyczyna – więc i proste leczenie. Zwiększ ilość wypijanej wody – różnica może być zaskakująca. Ile pić? W zależności od wagi, dla 70 kg będzie to ok. 2,3 litra czystej wody (ok. 0,033 l na każdy kilogram masy ciała ). Czyli nic specjalnie odkrywczego, ogólnie znany fakt, że człowiek powinien spożywać około 2 litrów wody dziennie. A jednak - jak przyjrzałam się, ile mi dziennie wychodzi H2O – to niestety nie było tyle, ile trzeba, a dodatkowo yerba w sumie zawiera jakąś tam formę kofeiny i działa nieco diuretycznie. Teraz bardziej się pilnuję a dodatkowo piję zdrowie Maksia, który też swoje codziennie odsysa, więc popyt jest, podaż trzeba zapewnić.
Więcej na: http://www.watercure.com

piątek, 6 listopada 2009

Grypa boi się ziółek

Jak co roku sezon wirusówek (w tym – straszne słowo – grypy, a jeszcze straszniejsze – świńskiej!) powoduje wysyp coraz bardziej sensacyjnych nagłówków prasowych. Strach sprzedaje się dobrze, panika jeszcze lepiej. A to przecież już było – co pokazuje na przykład ta notatka z GW - http://wyborcza.pl/. To było tylko 4 lata temu. Dzisiaj nikt już o tamtej straszliwej pandemii nie pamięta. Oczywiście, nie należy bagatelizować, ale grypa była, jest i będzie, mamy za sobą kilka mniej dolegliwych sezonów i może przez to - to, co teraz, wydaje się być straszniejsze, niż potencjalnie jest.
W pogoni za sensacją umyka czasem fakt, że o ile nie jesteśmy w grupie ryzyka, to nie musimy przyjąć tony kosztownych farmaceutyków, żeby przetrwać. Czasem może się okazać, że wystarczą przysłowiowe ziółka. Bardzo ciekawą listę znalazłam na stronie Ośrodka Diagnostyki i Zwalczania Zagrożeń Biologicznych WIHE (w Puławach). Lista jest tym ciekawsza, że kilka pozycji już stosowałam, czosnek z wielkim powodzeniem nawet, a Ośrodek jest instytucją poważna i nie podejrzewam, żeby ta lista to było jakieś tam fiu-bździu. Grypa nie jest katarkiem, ale środki pochodzenia roślinnego zawierają czasem bardzo potężne i silnie działające substancje bakterio-, grzybo- i wirusobójcze, podobnież związane jest to z faktem, że rośliny również muszą się zmagać z wirusami i dlatego wytworzyły skuteczne mechanizmy obronne. Pierwszy z brzegu przykład – olejek z drzewa herbacianego.
Niekoniecznie to co tanie i naturalne jest marne i nie działa – po prostu czasem nikt nie może na tym zarobić, a taka tabletka, to już co innego – prawdziwe pole do popisu. Ale prawda jak zwykle – leży gdzieś pośrodku…

czwartek, 29 października 2009

Soczek prosto od…

Wczoraj zaszalałam i kupiłam sokowirówkę - małą, nieinwazyjną, niezagracającą nadmiernie i tak już pękającej w szwach kuchni. Przy pomocy tego urządzona można wygenerować pyszny soczek a la Kubuś – ale nie z 20%, a 100% soku – i zupełnie bez potrzeby dosypywania cukru czy innego syropu glokozowo-fruktozowego. Dodatkowo można dorzucić garść kiełeczków, nie mówiąc już o sympatycznym fakcie, że jeśli akurat nie przepadamy za marchewą, lub nie w takich ilościach – to co kto lubi, hulaj dusza. Jeśli optujemy za wersją zdrowotną – sky is the limit. Buraczki, winogrona, seler, trochę kapusty, pomarańcze – efekt może być ciekawy, dla mnie wymaga najpierw wizyty w sklepie, bo lodówka chłodzi w coraz większej mierze powietrze.

Matyla wciągnęła dzisiaj całą butlę (z niewielką dolewką wody) soczku z dwóch jabłek, jednej niedużej marchewki i garści kiełków słonecznikowych. Smak wyszedł całkiem przyjemny, delikatny, żadnych reklamacji nie było, tylko bez pianki musi być, bo pianka być be. W wypaśnych modelach sokowirówkowych kombajnów (my mamy zwykłego Zelmerka, szczęśliwie montowanego w EU, nie wytwór chińskiego rzemiosła, więc mam nadzieję, że pociągnie trochę) widziałam coś takiego, jak separator piany, ale ja się chętnie z tym separatorem zamieniam i pianę pożarłam łyżką.

Max wyrobami sokowymi zainteresowany jest średnio. W dodatku ostatnio – czy to z racji nękających katarów, ząbkowania, czy innej Niezidentyfikowanej-Przyczyny-Dzikich-Wrzasków-i-Pisków wisi znowu więcej przy cycu i przyznam, że czasem mam już tego trochę dość i myślę, jakie by mu tu mleko zaserwować. Mam też cichy plan ponownej próby zapchania nieco jego małego brzuszka (ćśśś, może by pospał?) na noc Sinlaciem, który Matylka piła jeszcze dłuuuugo po zakończeniu cycowania.

piątek, 11 września 2009

Hummus czyli zdrowo i smacznie

Wczoraj wypróbowałam nową metodę gotowania ciecierzycy (grochu włoskiego) którą kiedyś znalazłam na puszka.pl. W skrócie – omijamy etap moczenia strączkowych przez noc, zagotowujemy, dajemy ostygnąć i gotujemy znowu do miękkości. Operacja się udała, cieciorka po półtorej godziny gotowania (razem z wcześniejszym zagotowaniem to w sumie około 3 godziny) nadawała się na przerobienie na pastę. Cała zabawa z humusem warta jest świeczki o tyle, że dzieci zjadają pastę łyżkami i krzyczą o jeszcze, a w składzie mamy same zdrowości: strączkowe (chyba cieciorka jest jednym ze smaczniejszych przedstawicieli tej rodziny, fajne są ziarenka ), surowy sok z cytryny, sezam, oliwę z oliwek, surowy czosnek, gruboziarnista sól aż ociekająca od morskich minerałów, kmin pełen dobroczynnych olejków. Świetnie nadaje się jako dip do surowych warzyw, używamy jej jako pasty do kanapek, farszu do naleśników, podkładu pod warzywka na grzanki itp. Świetnie smakuje z kiełkami (o których innym razem). Wykonanie jest tak łatwe, że grzech nie spróbować. Relatywnie najwięcej zabawy jest z ugotowaniem cieciorki, potem już idzie gładko. Pastę sezamową (tahini) można kupić, przy większym zużyciu bardziej opłaca się kupić nieoczyszczony sezam i zmielić sobie w maszynce do mięsa trochę na zapas. A przepis idzie tak: ugotowana ciecierzyca (250 g suszonej gotujemy do miękkości, ok. 1,5 godziny), 3-4 ząbki czosnku, pół szklanki tahiny, pół szklanki oliwy z oliwek, łyżeczka soli, sok z dwóch cytryn, łyżeczka zmielonego/utłuczonego w moździerzu kminu rzymskiego (nie mylić z kminkiem).
Urok tej potrawy tkwi także w fakcie, że składniki wymieszane razem dają w efekcie smak zupełnie inny niż składowe z osobna. Zupełnie jak Pesto, o którym innym razem, bo od tego skromnego sosu zaczęłą się moja przygoda ze spędzaniem czasu w kuchni w wymiarze większym niż czas potrzebny do zagotowania wody na herbatę.
Smacznego!