Zdradziłam się już kilka razy ze swoim umiłowaniem produktów spod znaku "organic", "bio", "eko" i tym podobnych wynalazków, dostępnych (niestety!) głównie w naszej zaprzyjaźnionej "Zdrowej Żywności" - ale tu odnotowuję z przyjemnością, że warto odwiedzić eko regał czy dział będąc w dowolnym sklepie, bo można wyszukać prawdziwe perełki - a wybór, dostępność są coraz większe. Ewidentnie ten segment rynku rozwija się - co mnie nie dziwi i wypływa w sposób naturalny z powolnego i mozolnego bogacenia się rodaków oraz wzrostu świadomości, edukacji i tym podobnych czynników. Po zachłyśnięciu sie fast foodami nadchodzi powoli czas slow foodów. Produkty spod znaku bio są bardziej dostępne i popularne a co za tym idzie - również ich cena przestaje powoli powalać. Rzecz dotyczy nie tylko produktów spożywczych - ważne jest to, co wkładamy do ust i co w rezultacie współtworzy potem komórki ciała, ale istotne jest również, czym to ciało z zewnątrz traktujemy. Tutaj wybór też staje się coraz bogatszy - najwyraźniej jest zainteresowanie produktami pielęgnacyjnymi i coraz więcej jest firm skłonnych je wytwarzać czy sprowadzać i - sprzedawać. Co ważne i dla najmłodszych - zwykle produkty opatrzone certyfikatem BIO mają zdecydowanie krótszą listę składników, co potencjalnie jest cenne zwłaszcza dla dzieci ze skłonnościami do nadwrażliwości i alergii. Często wykorzystywane są naturalne, bogate w składniki odżywcze oleje (z migdałów, słonecznikowy, z awokado) i olejki eteryczne, a także wyciągi roślinne (na przykład cenny i dobroczynny dla skóry aloes).
Wśród produktów przeznaczonych do kąpieli moją uwagę zwróciła nowość - Mia organic, olejek do kąpieli. Wcześniej używaliśmy bardzo delikatnego i przyjaznego Balneum, ale chętnie próbujemy nowych rzeczy, a maluchy już podrosły, więc można poeksperymentować. Olejek w kontakcie z wodą zmienia się w przyjemną emulsję, skóra po użyciu jest mięciutka i nawilżona.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 stycznia 2010
czwartek, 31 grudnia 2009
Rzuć palenie...
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś. Ostatnio stojąc w kolejce tłumaczyłam Matyldzie, że pani, któa akurat wychodziła w lekkim pośpiechu na dwór - idzie się przewietrzyć. Sympatyczna pani przed nami włączyła się i zaczęła mówić, że chyba na dymka, płuca przewietrzyć. Matyla miała minę lekko zdezorientowaną - a o co chodzi - a ja wyjaśniłam pani, że ciężko trzylatce (jeszcze przez dwa miesiące!) wyjaśniać zawiłe problemy związane z nałogami i na razie tłumaczę trochę naokoło, ponieważ nie usłyszałam od córy dotychczas pytania, co robi ten dziwny biały dymiący przedmiot w czyichś ustach. Wywiązała się ogólna rozmowa o rzucaniu palenia, zwykle każdy ma za sobą jakieś epizody w tej materii, czasem przychodzi to łatwiej bo trafia człowiekowi do rozumu, że na przykład jest w ciąży i nie może (albo lepiej - stara się zajść w ciążę i nie może popalać). Na tatusiów czasem trzeba bata mocniejszego - drastyczne pytanie, czy chce doczekać osiemnastki dziecięcia czasem pomaga. Nikotyna jest ponoć jedną z najsilniej uzależniających substancji (co skrupulatnie wykorzystują bezduszni producenci - paczka dziennie to strasznie dużo pieniędzy - policzcie w skali roku!), dodatkowo ważny jest kontekst społeczny - sporo osób pali i życie towarzyskie w pracy toczy się właśnie "na fajku". Wspomagacze rzucania palenia w rodzaju plastrów, czy modnego ostatnio elektronicznego papierosa - to trochę półśrodki, wydaje mi się, że działają trochę dzięki dostarczaniu nikotyny, a trochę dzięki uderzaniu po kieszeni. Ale może też być tak jak w zasłyszanej historii - pani pali papierosa zwykłego, bo w elektronicznym kończy jej się bateria i oszczędza - komizm i tragizm w jednym.
Z mojego osobistego (i kilku najbliższych) doświadczenia - można przyjść do domu, wyrzucić do śmietnika resztki ostatniej paczki i obiecać sobie, że to koniec palenia i już.
Początek roku to czas równie dobry jak każdy inny dzień, ale może będzie łatwiej - trzymam kciuki za każdego, kto sobie szlachetnie postanowi - rzucam.
Tym pozytywnym przesłaniem kończę rok kalendarzowy i korzystając z okazji życzę Wam wszystkim, drodzy Czytelnicy, Wszystkiego Najnajlepszego w nadchodzącym, 2010 roku.
Z mojego osobistego (i kilku najbliższych) doświadczenia - można przyjść do domu, wyrzucić do śmietnika resztki ostatniej paczki i obiecać sobie, że to koniec palenia i już.
Początek roku to czas równie dobry jak każdy inny dzień, ale może będzie łatwiej - trzymam kciuki za każdego, kto sobie szlachetnie postanowi - rzucam.
Tym pozytywnym przesłaniem kończę rok kalendarzowy i korzystając z okazji życzę Wam wszystkim, drodzy Czytelnicy, Wszystkiego Najnajlepszego w nadchodzącym, 2010 roku.
piątek, 6 listopada 2009
Grypa boi się ziółek
Jak co roku sezon wirusówek (w tym – straszne słowo – grypy, a jeszcze straszniejsze – świńskiej!) powoduje wysyp coraz bardziej sensacyjnych nagłówków prasowych. Strach sprzedaje się dobrze, panika jeszcze lepiej. A to przecież już było – co pokazuje na przykład ta notatka z GW - http://wyborcza.pl/. To było tylko 4 lata temu. Dzisiaj nikt już o tamtej straszliwej pandemii nie pamięta. Oczywiście, nie należy bagatelizować, ale grypa była, jest i będzie, mamy za sobą kilka mniej dolegliwych sezonów i może przez to - to, co teraz, wydaje się być straszniejsze, niż potencjalnie jest.
W pogoni za sensacją umyka czasem fakt, że o ile nie jesteśmy w grupie ryzyka, to nie musimy przyjąć tony kosztownych farmaceutyków, żeby przetrwać. Czasem może się okazać, że wystarczą przysłowiowe ziółka. Bardzo ciekawą listę znalazłam na stronie Ośrodka Diagnostyki i Zwalczania Zagrożeń Biologicznych WIHE (w Puławach). Lista jest tym ciekawsza, że kilka pozycji już stosowałam, czosnek z wielkim powodzeniem nawet, a Ośrodek jest instytucją poważna i nie podejrzewam, żeby ta lista to było jakieś tam fiu-bździu. Grypa nie jest katarkiem, ale środki pochodzenia roślinnego zawierają czasem bardzo potężne i silnie działające substancje bakterio-, grzybo- i wirusobójcze, podobnież związane jest to z faktem, że rośliny również muszą się zmagać z wirusami i dlatego wytworzyły skuteczne mechanizmy obronne. Pierwszy z brzegu przykład – olejek z drzewa herbacianego.
Niekoniecznie to co tanie i naturalne jest marne i nie działa – po prostu czasem nikt nie może na tym zarobić, a taka tabletka, to już co innego – prawdziwe pole do popisu. Ale prawda jak zwykle – leży gdzieś pośrodku…
W pogoni za sensacją umyka czasem fakt, że o ile nie jesteśmy w grupie ryzyka, to nie musimy przyjąć tony kosztownych farmaceutyków, żeby przetrwać. Czasem może się okazać, że wystarczą przysłowiowe ziółka. Bardzo ciekawą listę znalazłam na stronie Ośrodka Diagnostyki i Zwalczania Zagrożeń Biologicznych WIHE (w Puławach). Lista jest tym ciekawsza, że kilka pozycji już stosowałam, czosnek z wielkim powodzeniem nawet, a Ośrodek jest instytucją poważna i nie podejrzewam, żeby ta lista to było jakieś tam fiu-bździu. Grypa nie jest katarkiem, ale środki pochodzenia roślinnego zawierają czasem bardzo potężne i silnie działające substancje bakterio-, grzybo- i wirusobójcze, podobnież związane jest to z faktem, że rośliny również muszą się zmagać z wirusami i dlatego wytworzyły skuteczne mechanizmy obronne. Pierwszy z brzegu przykład – olejek z drzewa herbacianego.
Niekoniecznie to co tanie i naturalne jest marne i nie działa – po prostu czasem nikt nie może na tym zarobić, a taka tabletka, to już co innego – prawdziwe pole do popisu. Ale prawda jak zwykle – leży gdzieś pośrodku…
Subskrybuj:
Posty (Atom)
